Starzy kawalerowie

Święta to wspaniały czas rodzinnych spotkań wypełnionych jedzeniem, alkoholem w różnym stężeniu i rozmowami o życiu miłosnym młodszych członków rodziny. Starsze pokolenie zdaje się mieć dość jasne przekonanie o tym o tym jak powinno wyglądać życie ich potomków. Ustatkowanie się = małżeństwo. Dzięki temu, że moje rodzeństwo swoje życie sercowe prowadzi dość burzliwie, zaś kuzynka niedawno weszła w pierwszy w życiu związek, przez większość czasu to oni byli pod ostrzałem babć i cioć. Rzecz jasna całkiem dobrze też nie może być, więc i na mnie w końcu nadeszła kolej. Zapytany czy mam już dziewczynę odpowiadam:

Nie i nie planuję.

Jedyną reakcją jaką to wywołało jest stwierdzenie, że jestem młody i że w moim wieku to normalne, że nie myśli się o małżeństwie. Szczególnie zabawnie brzmi to z ust babci która wyszła za mąż będąc o rok starszą niż ja teraz.

Dziwi mnie tylko w tym wszystkim rola katolicyzmu. W gruncie rzeczy Kościół Katolicki w znacznym stopniu gloryfikuje życie poza małżeństwem. Wystarczy przyjrzeć się tylko świętym i policzyć ilu z nich było żonatych. Pomyśleć o znaczeniu celibatu i wadze jaką ma życie konsekrowane. Kto czytał pierwszy list do Koryntian, też z pewnością kojarzy wezwanie do pozostania w stanie dziewiczym. Mimo to pasterze Kościoła w Polsce na niedzielę Świętej Rodziny, jakby na dobitkę po całych świętach wystosowali do wiernych list, w którym zaraz na początku czytamy:

Młodzi ludzie pytani o ideał szczęścia, niezmiennie odpowiadają, że chcieliby zawrzeć małżeństwo i założyć szczęśliwą rodzinę. Niestety, jak możemy to zaobserwować, z różnych powodów część z nich nie spełnia swoich marzeń, uciekając przed odpowiedzialnością.

Naprawdę nie wiem co strzeliło do głów biskupom, ale jedyne co im radzę to zapytać samych siebie, z jakich powodów oni nie spełnili swoich marzeń, uciekając przed odpowiedzialnością.

Jednak jeśli myślicie, że to w starszym pokoleniu leży problem, to jesteście w błędzie. Nasz kultura jest zafascynowana ideą miłości romantycznej. Piosenki na szczytach list przebojów, książki, seriale, filmy, wszystko jest tym przesiąknięte. Nasze życie, jeśli miałoby odpowiadać modelowi zaprezentowanemu w mediach, ma jeden cel: znaleźć tę jedyną osobę, z którą połączy nas miłość, z którą spędzimy resztę życia i która położy kres bolesnej serii nieudanych związków. Niezależnie od tego co robimy, w czym się rozwijamy, jaką karierą idziemy, miłość zawsze jest gdzieś jako uzupełnienie, nie tyle nadające sens rzeczom które robimy, gdyż te często same w sobie są bardzo mądre i bardzo pożyteczne, ale stanowi oczywisty element życia. Dla młodych ludzi szczęście=miłość.

Musimy zerwać z tego typu myśleniem. Musimy przestać traktować miłość i udane wieloletnie związki jako coś oczywistego, co powinno spotkać nas w pewnym momencie naszego życia. Życie „samotne” nie jest żadną miarą wyznacznikiem porażki życiowej, a z całą pewnością jest lepsze od nieszczęśliwego małżeństwa. Rzeczywistość jest taka, że w znacznej części pragniemy miłości, jednak bardzo rzadko się zdarza byśmy otrzymali ją w takiej formie jakiej oczekiwaliśmy. Miłość jest w swej istocie, tak jak każda relacja międzyludzka spotkaniem dwóch lub więcej niedoskonałych istot. Pragniemy miłości i czujemy pustkę, mamy nadzieję że właściwa osoba będzie w stanie ją zapełnić. Prawda jest taka, że żaden człowiek nie jest nas w stanie zaspokoić, gdyż zawsze okaże się choć trochę odstający od naszych potrzeb i oczekiwań. Miłość jest przedsięwzięciem trudnym w realizacji wymagającym od obu stron dojrzałości i lat pracy, ustępstw i wzajemnego docierania się. Gdy w ten sposób rozumiemy miłość, budzi sie w nas podziw dla wszystkich, którym udało się stworzyć choć trochę działające związki. Zaczynamy postrzegać miłość jako sukces. Nie każdy jest prezesem dochodowej firmy i nie każdy jest w szczęśliwym związku. Patrząc na to w ten sposób powinniśmy zrozumieć, że nieposiadanie partnera nie jest porażką, a jedynie rzeczywistością, kolejnym stanem w którym może znaleźć się osoba w żaden sposób nie gorsza od tych którzy takowych posiadają.

Nie planuję związku. Nie znaczy wcale, że nie mam w sobie pragnienia bliskości, stabilności, poczucia bycia kochanym o innych rzeczy które zapewnia udany związek. Jednak jestem głęboko przekonany, że to związek powinien wynikać z osoby, a nie  osoba z potrzeby związku. Historia pokazuje, że są ludzie którzy świetnie sobie radzili nigdy nie wchodząc w małżeństwa. I na koniec tych świat życzę wszystkim udanych niezwiązków. I żebyśmy w końcu w języku polskim wykształcili odpowiednie słowo, mniej formalne niż „stan wolny”, mnie osądzające niż „życie samotne” i ładniej brzmiące niż „singiel”


PS

Miałem zamiar ozdobić wpis komiksem, ale zapomniałem jak jest spuentowany. Dla ciekawskich: link.

Reklamy

Refleksja na święto narodowe

Ze dwa dni temu, będąc w antykwariacie na standardowym polowaniu na kolejną miłość mojego życia (tym razem padło na „Wszystko zależy od przyimka” – wywiad rzekę z profesorami: Bralczykiem, Miodkiem i Markowskim), zasłyszałem takie oto kuriozum:

„Zajmuję się hobbystycznie historią Polski przedchrzcielnej, bo widzi pani, jestem patriotą, broń Boże nacjonalistą, i uważam, że człowiek powinien wiedzieć jakie ma korzenie.”

Doszliśmy do ciekawego miejsca w dyskursie społecznym, gdzie nacjonalizm zdołał się do tego stopnia zadomowić w mainstreamie, że w świadomości zbiorowej słowa „patriota” i „narodowiec” niebezpiecznie się do siebie zbliżyły. Naprawdę smutne jest to, że dość, na pierwszy rzut oka, inteligentny facet, czuje obowiązek odżegnać się od tego, sekundę po tym jak nazwał się patriotą. Mógłbym napisać, że się na to nie godzę, że grabież i że na alarm trzeba bić, ale nie w „patriotach, broń Boże nacjonalistach” przecież leży problem.

Z czymś podobnym zmaga się termin feministka, który przez niektórych traktowany jest jak obelga, a przez innych jako brzydkie słowo, którym nie wypada określać ani siebie, ani szanowanych obywateli. W ten sposób feministkami w wyobrażeniu większości ludzi, stały się wyłącznie agresywne profanatorki kościołów i panie chętnie pokazujące swoje piersi  w miejscach publicznych. Naprawdę nie chciałbym dojść do momentu, w którym patriota staje się takim właśnie nieprzystojnym słowem, kojarzonym wyłącznie z ekstremum.

Jakby mało było słów, to narodowcy ukradli nam coś jeszcze. Święto Niepodległości, kojarzy się dziś głównie z doroczną dewastacją Warszawy. Marsz dał radę przykryć w mediach wszystkie inne pozytywne przejawy patriotyzmu. Radosne święto wszystkich Polaków stało się świętem narodowców i czasem, gdy cała Polska patrzy się na to i zastanawia się co tym razem zostanie zdemolowane, ilu będzie rannych i czy naprawdę nic nie da się z tym zrobić.

Niektórzy mają nadzieję, że  teraz, gdy przy władzy jest mnie antagonistyczne względem narodowców PiS, a sami narodowcy mają swoich reprezentantów w sejmie, ruch straci rozpęd i trochę unormuje.

Osobiście nie przyszłości tak różowo. Obawiam się, że nasza ojczyzna będzie stawać coraz mniej przyjaznym miejscem dla wielu z nas, zwłaszcza tym odmiennego pochodzenia, wiary, orientacji etc.

Obym się mylił.


PS

Nagroda „Chrześcijanin roku” wędruje do pań/panów którzy na oficjalnych państwowych uroczystościach pojawili się z banerem „Polska tylko dla chrześcijan”. Nic więcej na ten temat nie napiszę bo nie chcę się denerwować.